Jeszcze w zadumie – wspominamy Krzysztofa i ks. Mostka
wtorek, 27 listopada 2018 19:51

Jeszcze w zadumie

Chociaż na sklepowych półkach i za witrynami pojawiły się ozdoby i produkty świąteczne, a za oknem śnieg, nadal mamy listopad – miesiąc zadumy i refleksji nad przemijaniem. W kościołach codziennie odprawiane są tzw. wypominki czyli różaniec za zmarłych z wyczytaniem ich imion, a nadal gros osób częściej niż zwykle nawiedza groby swoich bliskich. Dlatego na koniec miesiąca chcemy wspomnieć jeszcze o dwóch postaciach, bardzo związanych z Mogilnem. Krzysztofa Sowa i ks. kanonik Stanisław Mostek chociaż nawet nie pochodzili z tej wsi, są w Mogilnie ciągle obecni.

 

 

Wystąpił w dobrych zawodach


Krzysztof Sowa nie mieszkał w Mogilnie, ale w sposób szczególny był związany z parafią, a to za sprawą Grupy Młodzieżowej, którą prowadził wówczas ks. Konrad Kupiec. W jego rodzinnej Librantowej, nie istniały takie struktury, więc będąc pod wrażeniem aktywności mogilskiej młodzieży, Krzysztof przyjeżdżał na spotkania w Mogilnie ze swoją gitarą. Mocno zaangażował się tutaj we wszystkie przedsięwzięcia  – grał w scholii i młodzieżowym zespole, robił dekoracje, kolędował.

 

 

Gdy dzisiaj wspominają go jego koleżanki i koledzy z Grupy Młodzieżowej, którzy podkreślają, że Krzyś (bo tak mówią o nim mówią) był dobrym człowiekiem. To dobro i radość życia biły z jego oczu. Miał poczucie humoru, szybko zyskiwał sympatię otoczenia, a w jego towarzystwie po prostu chciało się przebywać. Otwarty na drugiego człowieka, uśmiechnięty, pełen pasji i dobrej energii, w niesamowity sposób przyciągał ludzi do siebie.

 

Krzysztof Sowa zginął w wypadku samochodowym w lipcu 2004 roku, w wieku zaledwie 22 lat. Jego przyjaciele z Grupy Młodzieżowej nadal nie mogą pogodzić się ze śmiercią kolegi, który miał całe życie przed sobą. Pamiętają, że podczas ostatniego przed wypadkiem kolędowania, był przebrany właśnie za śmierć. Wierzą, że Bóg zabiera nas do siebie w najlepszym dla nas momencie naszego życia, a Krzysiek był już gotowy żeby się z nim spotkać.

 

 

Przykład życia Krzysztofa Sowy pokazuje, że czas nie zaciera pamięci. Wspominają go wierni przyjaciele, oglądając wspólne zdjęcia z młodzieńczych lat i przywołując wydarzenia z jego udziałem. Choć minęło 14 lat, ma się wrażenie, jakby wypadek Krzyśka wydarzył się zaledwie wczoraj.

 

Na jego pomniku widnieje cytat św. Pawła z Listu do Tymoteusza, który stanowi jakby podsumowanie jego krótkiego, ale intensywnego życia – W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem.


 

Rzucał szczypami, ale był dobry dla ludzi


Ksiądz kanonik Stanisław Mostek pochodził z Delastowic. Jako wikariusz pracował w Mogilnie od sierpnia 1957 roku, a osiem lat później został w tej parafii proboszczem. To miejsce wybrał też na swoją emeryturę (1988 r.), mieszkając na plebanii jako rezydent aż do roku 1999, w którym to wrócił do rodzinnych Delastowic.

 

Księdza kanonika Stanisława Mostka wspominają nie tylko starsi. Pamięta go też pokolenie lat 80. – uczniowie i ministranci, dla których to był pierwszy proboszcz. Z tego okresu mają barwne wspomnienia, z księdzem proboszczem w roli głównej.

 

Kogo bym nie zapytała, każdy mówi, że ksiądz Mostek był strasznie nerwowy, a co miał w sercu, to i na języku. Zdarzyło się, że z tych nerwów rzucał szczypami. Ale jego niezwykłość polegała na tym, że jak mało kto, umiał się przyznać do błędu i przeprosić za wybuchowy charakter. Nie wahał się również zadośćuczynić, i ministrantom, których za mocno zganił, potrafił podarować garść pieniędzy ze składki.

 

Młodsi pamiętają, że za pomoc księdzu Stanisławowi w drobnych pracach porządkowych, otrzymywali pyszne, słodkie kakao z Ameryki. Starsi natomiast nie zapomną, jak chodzili do plebańskiego pola, by kopać ziemniaki. Wspominają też, jak pomagali w noszeniu teczki księdza Mostka, który musiał pieszo pokonywać wielkie śnieżne zaspy, by z Mogilna dotrzeć do Koniuszowej na lekcje religii „u Zawiślaczki”.

 

Latem ksiądz Mostek jeździł na motorze. W nagrodę za uczynność dzieci, podwoził je do szkoły albo rozdawał cukierki. Co ciekawe, podobno jego motor kupił przed laty mechanik ze Słowikowej i nadal go u siebie przechowuje.

 

Później, gdy ksiądz proboszcz miał już samochód, też chętnie zabierał pasażerów do kościoła i z powrotem. Zanim zdążyli wejść, uprzedzał donośnym głosem: nie trzaskać drzwiami! A gdy trasa była dłuższa, od razu zaczynał wspólną modlitwę koronką do Bożego Miłosierdzia. Swoją „Warszawą” jeździł bardzo powoli i ostrożnie.

 

Pewne małżeństwo wspomina, jak po weselu ksiądz proboszcz zaprosił ich na wspólną kolację. Ugościł na plebanii, częstując swojskimi wyrobami.

 

Ksiądz kanonik zmarł 10 października 2004 roku i został pochowany na cmentarzu  w Delastowicach.

 

 

W ocenie mieszkańców, ksiądz Stanisław Mostek był cholerykiem, ale to nie przeszkadzało mu być dobrym człowiekiem. O jego życzliwości i ofiarności mówiły małe gesty, które świadczył ludziom. Był otwarty na drugiego człowieka, potrafił dostrzegać potrzeby parafian i służył pomocą w ich realizacji.

 

 

Na łamach portalu, z początkiem listopada wspominaliśmy również:


śp. Marcinka Rolę i śp. Szczepana Sikonia

śp. gen. Franciszka Gągora i śp. ks. Leszka Kozioła

 

 

fot. archiwum Joanny Czajkowskiej, Jarosława Jelińskiego; Reda

Jadwiga Jelińska-Poręba (Reda)

 

 

 

 

 

 

 



 

Created by Szczepan Sikoń